wtorek, 23 listopada 2010

Wschód Turcji: w krainie Kurdów

Szalone zmiany planów, niezwykli ludzie i miejsca oraz ponad dwa tysiące pokonanych kilometrów – najdłuższa z naszych dotychczasowych wycieczek przechodzi do historii.

To miała być Syria. W wolny od zajęć tydzień Bajramu trwała mobilizacja „Erasmusów” z całej Turcji – plany wycieczki na południe sygnalizowali mi znajomi z Adany, Gaziantep, Konyi i Samsun. 

My postanawiamy stworzyć niewielką grupę: Marcin, Stefano, jego kuzyn Marlon i ja. Z przewodnikiem Lonely Planet w plecaku ruszamy do Antakyi, skąd autokar ma nas zabrać do Aleppo. Jako jedyny z grupy dzierżę w dłoni wizę przyznaną wcześniej przez Ambasadę Syrii w Warszawie. Reszta załatwi formalności na granicy – jak się dowiedzieliśmy, powinno to być proste i tanie rozwiązanie.

Ale nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem. Wydarzenia na granicy niespodziewanie nabierają tempa. Chłopakom odmawiają przyznania wizy. Nasz autobus odjeżdża do Aleppo, a my zostajemy na przejściu, aby, biegając od okienka do okienka, negocjować z celnikami. Dwie godziny nerwówki mają się na nic. Chociaż ze swoją wizą w każdej chwili mogę wjechać do Syrii, nie decyduję się na samotną podróż. Niespodziewanie wchodzą dwie Ole i Danka, które w ten sam dzień chcą przekroczyć granicę. O dziwo, celnicy dają im nadzieję – odpowiedź dotycząca ich sprawy dotrze z Damaszku za 5 godzin. Żegnam się z wcześniejszą ekipą i z dziewczynami koczuję na przejściu. Gdy jest już całkowicie ciemno, dowiadujemy się, że to wszystko na nic – z niewiadomych nikomu względów placówka dyplomatyczna decyduje, że w okresie Bajramu nie wydaje wiz dla Polaków i Włochów, nie robiąc jednocześnie problemów Niemcom, Szwedom (blog niezwykłej pary autostopowiczów, których poznajemy: http://mangomanjaro.se/) i Holendrom.

Moja sytuacja jest absurdalna. Jeżeli chcę wrócić do Turcji, to ze swoją wizą (za którą zapłaciłem w Polsce 40 dolarów) i wbitą już pieczątką syryjską muszę najpierw przejść kilka kroków poza linię graniczną. Dopiero teraz staję w kolejce opuszczających Syrię. Za wyjście z kraju, którego nie zobaczyłem muszę jeszcze zapłacić – legalne opuszczenie kraju kosztuje 500 funtów syryjskich.

Zawiedzeni wracamy do Antakyi, gdzie gości nas znajomy Couchsurfer, Derviş, i jego przyjaciel. Nad ranem jemy doskonałe śniadanie, będąc jednoczenie świadkami makabrycznej sceny odcinania głowy baranowi i obdzierania zwierzęcia ze skóry. To tradycyjna forma ofiary, którą niektórzy muzułmanie składają w czasie Bajramu. W ostatnich dniach obserwowaliśmy, wyrastające jak grzyby po deszczu, uliczne targi, na których sprzedawano owce. Wszystkie z nich czekał ten sam los – pozostawały tylko porzucone na chodnikach zakrwawione skóry.

W Antakyi poznaliśmy kolejnego ciekawego człowieka – Łukasza z Gdańska, który od 5 miesięcy podróżuje po Turcji rowerem. Wcześniej na dwóch kółkach poznawał Czarny Ląd, m.in. Gambię i Senegal, gdzie zmagał się z malarią. Blog Łukasza: http://www.photoblog.com/lucasvegan




Nie mogliśmy zmarnować wolnego tygodnia z powodu dyplomatycznych trudności. Podejmujemy decyzję: zamiast do Syrii, ruszamy autostopem na wschód Turcji, zatrzymując się w wielu miejscach i poznając ten zapomniany przez turystów region tak dobrze, jak to będzie możliwe.

Nie spiesząc się powoli opuszczamy Hatay, zatrzymując kilka samochodów. Jeden z kierowców, asystent profesora uniwersytetu, wysadza nas w niewielkiej miejscowości w pobliżu Kilis. Przechodząc obok ulokowanej tutaj kurdyjskiej osady namiotowej zostajemy zaproszeni na herbatę. Postanawiamy rozbić się w pobliżu i przyjrzeć się temu, jak świętuje się Bajram.

Pod ułożonymi na kamieniach garnkami tli się drewno, które ogrzewa aromatyczny gulasz. Ojciec ośmiorga dzieci, Bozan Polat, zaprasza do największego namiotu, gdzie wita nas śpiewem i tańcem. Do pomieszczenia schodzą się kolejni członkowie rodziny i wkrótce wpatruje się w nas 25 par oczu. Bozan krzyczy na dzieci, bije je po głowach i rzuca w nie butami, ale po chwili wszystkie tuli do siebie i całuje. W namiocie jesteśmy częstowani çayem, ayranem, pitą, ziołami oraz owczym mięsem (za to ostatnie, pod pretekstem problemów żołądkowych, dyskretnie dziękuję). Ze swoimi podstawami tureckiego i zanotowanymi w telefonie kurdyjskimi zwrotami, próbujemy utrzymać rozmowę. Jak się dowiadujemy, wszystkie rodziny pracują na plantacji bawełny, na którą zabierają nawet 4-letnie dzieci. Odwiezieni do swojego namiotu motorem przyjmujemy zaproszenie na poranną herbatę następnego dnia.












Nowy dzień witamy z poznaną wcześniej rodziną, którą obdarowujemy teraz drobnymi prezentami z Polski. Ruszamy do znanego mi już Gaziantep, gdzie błądzimy po wąskich uliczkach, które nocą okazują się zupełnie inne niż za dnia. Wiedzeni głośną muzyką trafiamy na tradycyjne wesele, które odbywa się między budynkami starego miasta. Odgrywana na żywo melodia towarzyszy roztańczonym w kółku gościom młodej pary. Tuż obok najmłodsi z weselników zaciekle grają w piłkę.






Po nocy spędzonej w akademiku Bohuna i Mateusza kierujemy się dalej ku wschodowi. W Birecik stajemy nad brzegiem Eufratu i, otoczeni przez dzieci, wspinamy się w górę kolorowego miasteczka.

Droga do Urfy z obu stron otoczona jest pustynią. Turecka para z rocznym dzieckiem zawozi mnie i Marlona do centrum miasta. Czekamy na Stefano i Marcina – aby łatwiej dojechać do krainy świętych karpi musieliśmy podzielić się na dwie grupy. W Urfie napotykamy na tłumy turystów – Turcy licznie odwiedzają to ważne dla religii muzułmańskiej miejsce. Meczety, zamek i stawy Miasta Proroków prezentują się okazale. Znajdujemy tutaj guest house (Aslan Konuk Evi), w którym za 20 TL możemy spędzić noc i zjeść śniadanie. Panuje tu rodzinna atmosfera – w udostępnionej dla wszystkich łazience jest czysto i ciepło, a w kubeczku na umywalce stoi wspólna pasta do zębów i szczotka do włosów. Nasi współlokatorzy to młoda francusko-chilijska para, która od kilku lat mieszka w Turcji.





Nad ranem Stefano boleśnie doświadcza skutków jedzenia w barze, do którego wybraliśmy się wieczorem. Woda z kranu i brudne pomidory wywołują biegunkę i osłabienie, które wyklucza go z dalszej podróży. Stefano wraca do Adany, a my, w 3-osobowym składzie chcemy dotrzeć autostopem do Diyarbakır.

Jeżeli wcześniej na blogu pisałem, że w położonym w pobliżu Adany Ceyhan wzbudzaliśmy sensację, to znaczy, że nie zdawałem sobie sprawy ze znaczenia tych słów. W Siverek wprawiamy w zdziwienie wszystkich mijanych ludzi; niektórzy szybko wołają znajomych, by pokazać nas palcem. Z drzwi domów wylatują rozkrzyczane dzieci, których gromada wokół nas z każdą chwilą rośnie. Nie mamy czasu, by się zatrzymać i odpowiadać na wszystkie nieskładnie formowane pytania. Biegnącą za nami grupę rozganiają dopiero stojący na rogu policjanci.

Spotykamy Sertaça – prowadzącego sklep spożywczy Kurda, który dzięki wcześniejszej pracy w Antalyi nauczył się języka włoskiego, poznał brytyjską dziewczynę i polską przyjaciółkę. Częstowani herbatą zatrzymujemy się przy jego kiosku na 15 minut.

W pędzącym w szalonym tempie luksusowym Audi pokonujemy blisko 200 km. Młodego biznesmena prosimy o zatrzymanie się 10 km przed miastem Batman - widząc, że otoczenie staje się mniej równinne i mniej pustynne, postanawiamy spędzić tutaj noc w namiocie. Po przeczesaniu okolicy, w tym opuszczonej budowy i pól uprawnych, decydujemy się rozbić na piaszczystych wzgórzach, których ukształtowanie tworzy nocą niemal księżycowy klimat. Jest zimno – owinięty folią termiczną, w śpiworze, ubrany w 2 bluzy i z założonymi na stopy 3 parami skarpet, budzę się w nocy z uczucia chłodu.




Ponieważ wykorzystaliśmy możliwość pokonania dużego dystansu zaledwie jednym samochodem, oglądamy mało ciekawe Batman, rezygnując z planu cofnięcia się do Diyarbakır, które jest uznawane za stolicę tzw. Kurdystanu. Zarówno wcześniejsze, jak i aktualna podróż daje nam ogląd skomplikowanych stosunków miedzy rodowitymi Turkami, a mniejszością kurdyjską. Wielu mówi o tym, że spór dotyczy tylko świata polityki, a nie ludzi, którzy potrafią żyć obok siebie w zgodzie. Jednocześnie część obywateli Turcji gardzi mieszkańcami wschodu i ostrzega nas przed kontaktem z nimi. Dwóch mężczyzn, którzy podwożą nas do Siirt samochodem dostawczym rozpoczyna temat, którego wolelibyśmy uniknąć – według nich Turcy to terroryści, z którymi walczą bohaterscy powstańcy kurdyjscy. Nie toczymy dyskusji – wysłuchujemy ludzi, z których gościnności korzystamy.

W drodze mijamy rozległe tereny należące do armii. Marlon trafnie komentuje sytuację: we Włoszech na 5 domów przypada 1 kościół, tutaj na 5 domów przypada 1 baza wojskowa. Za ogrodzonymi drutem kolczastym połaciami terenu przechadzają się uzbrojeni żołnierze, a w niektórych wioskach stoi po kilka czołgów. Dla własnego komfortu nigdy nie fotografujemy obiektów wojskowych.








Dzieci w Siirt to prawdziwa plaga. Szarpani przez dziesiątki z nich uciekamy do samochodu, którego kierowca odwozi nas na dworzec. W wyniku nieporozumienia (czyt. oszustwa kierowcy dolmuşa) trafiamy nie do Van, ale do pobliskiego Bitlis. Ponieważ jest już ciemno, a jeszcze w tym samym dniu chcemy dotrzeć do położonego nad Van Gölü miasta, odwiedzamy siedziby kilku firm przewozowych. Siedząc w jednym z biur jesteśmy świadkami awantury. Ciśnienie podnosi nam się, gdy zauważamy, że dwójce krzyczących mężczyzn spod kurtek wystają lufy pistoletów. Na szczęście, zamiast rozlewem krwi, dyskusja kończy się uściśnięciem dłoni.

Na jedyny autobus, który w tym dniu dysponuje wolnymi miejscami musimy czekać 5 godzin. W Bitlis oglądamy podświetlony zamek i jemy gorącą çorbę (zupę). Najmilsze wspomnienie tego, pechowego nieco, dnia to pobyt w maleńkiej tradycyjnej herbaciarni, Sechat Çay Evi. Przez dwie godziny uczymy się tutaj sprawnej gry w tavlę w towarzystwie dwóch 50-letnich Kurdów i jednego Turka.

Autobusem pokonujemy górzyste tereny, które chwilami przypominają polskie Pieniny. Turkom możemy pozazdrościć sieci dróg, pod budowę których zagospodarowują pustynie i wysadzają zbocza gór. Nawet późnym wieczorem dźwigi i spychacze torują kolejne trasy, usuwając wielkie głazy.





Do mieszkania przyjaciół Leyli, naszej koleżanki z konferencji w Stambule, trafiamy późno w nocy. Ugoszczeni z wielką sympatią w typowo studenckim mieszkaniu zasypiamy dopiero o 4.00.

Van to miasto położone daleko na wchodzie Turcji, 80 km od granicy z Iranem. W ostatni dzień naszej podróży oglądamy tu największe tureckie jezioro, bezodpływowe słone Van Gölü oraz położony w pobliżu zamek. Natrafiamy także na słynny gatunek kota o oczach w dwóch różnych kolorach.

Z centrum historycznej krainy Wielkiej Armenii wyruszamy wieczornym autobusem. Po drodze zostajemy zatrzymani przez kontrolujących dokumenty żołnierzy, wyposażonych w karabiny maszynowe i stojący zaledwie 30 metrów od autobusu czołg. Po 14 godzinach i pokonaniu tysiąca kilometrów wracamy bezpiecznie do gorącej Adany.








Za wiele z powyższych zdjęć podziękowania składam na ręce autorów: Marlon Saglia, Stefano Bresaola. Molte grazie! 

niedziela, 7 listopada 2010

Wybrzeże nie dla leniwych

Przekonany o tym, że to nie w kurortach poznam prawdziwą Turcję, nad morzem bywałem do tej pory rzadko. Dokładne spenetrowanie okolic Kızkalesi udowadnia jednak, że wygodne hotele i słoneczne plaże, to tylko część tego, co może zaoferować wybrzeże.

Oni nie planowali tam jechać. Dwóch studentów z Mersin, którzy samochodem zamierzali pokonać zaledwie kilka przecznic, decyduje się zmienić swoje plany i zawieść nas do Kanlıdivane. Tureckiej gościnności byłoby jeszcze mało, gdyby nie zadeklarowana gotowość towarzyszenia nam podczas całej podróży i do pokonania, na nasze życzenie, kilkuset dodatkowych kilometrów. Takiej ofercie musimy odmówić.

Kanlıdivane, jedno z wielu popadłych w ruinę antycznych miast, które oglądamy w Turcji, wyróżnia się swoim położeniem. Resztkami budynków otoczony jest wielki, głęboki na 90 metrów, lej krasowy (lub prościej, zapadlisko), do którego miano wrzucać skazanych na śmierć. Dziś miejsce to jest celem wycieczek niewielkiej części wypoczywających na wybrzeżu turystów. Spotykamy tu bileterów, spacerującą starszą parę oraz skaczące po starożytnych murach… kozy.





Zdając sobie sprawę z faktu, że nazwa „Kanlıdivane” oznacza „krwawe miejsce szaleństwa”, postanawiamy… zostać tu na noc. Dotarcie do ruin miasta z Adany zajęło nam kilka godzin, a tymczasem całkowicie ciemno robi się tutaj już o 17. Oddalamy się od rejonu, który udostępniany jest turystom i na łagodnym, pokrytym kamieniami zboczu szukamy dla siebie miejsca do spania. Rozpalamy ogień, w który wrzucamy puszkę fasolki z supermarketu. W aluminiowym kubku gotujemy kawę i błyskawiczną zupę. Pod gołym niebem zostajemy do świtu.




Zmarznięci w ciągu nocy, po upływie kilku godzin nowego dnia musimy uzupełnić zapasy wody – jeszcze przed południem temperatura przekracza 25 stopni Celsjusza.  

Elaiussa Sebaste to pierwszy nasz cel. Na pozostałości rzymskiego miasta, założonego w II w. p. n. e., składają się przede wszystkim ruiny amfiteatru, agory i kościoła z mozaikową posadzką. Co ciekawe (i przygnębiające), dziś dwie części tego antycznego grodu oddzielone są autostradą. 

Po obejrzeniu Elaiussa Sebaste pokonujemy wydmę, która prowadzi nas na skaliste wybrzeże z lazurową wodą Morza Śródziemnego.







Istnieje „teoria spiskowa” jakoby Turcy mieli swoje najpiękniejsze plaże zachowywać tylko dla siebie. W odwiedzanym głównie przez rodzimych turystów Kızkalesi opalający się na piasku mogą jednocześnie podziwiać dwa niesamowite zamki. Jeden z nich znajduje się na brzegu, a drugi na maleńkiej wysepce, zaledwie 200 metrów od plaży. Dostajemy się tam rowerkiem wodnym, chociaż osoby, które nie muszą nosić ze sobą swojego dobytku, zdecydowanie powinny spróbować sił w pływaniu.

Znane w starożytności jako Korykos Kızkalesi musi ugościć nas noclegiem. Podobnie jak poprzednią, tak i tę noc spędzamy w bezgwiazdkowym „hotelu” z tysiącem gwiazd nad głową.






Cennet ve Cehennem oznacza „Niebo i Piekło”. To trafne nazwy dla wielkich jaskiń, które oglądamy 5 km od Kızkalesi. Cehennem to ciemna, blisko 130-metrowa otchłań, którą z uczuciem strachu możemy zobaczyć jedynie z niewielkiej platformy widokowej. Według greckiej mitologii jest to miejsce, gdzie Zeus uwięził Tytana!

Przez szerokie zapadlisko, Cennet, pokonując przeszło 400 stopni, zdążamy do innej dużej jaskini. Z jej wnętrza, pokrytego u góry stalaktytami, widać „światełko w tunelu” - u porośniętego zielenią ujścia groty znajduje się niewielka, pochodząca z V w. n. e., Kaplica Marii Dziewicy.

Pobyt na wybrzeżu kończymy niezwykle miłym akcentem. Ali, policjant z Ankary, który kilka godzin wcześniej podrzucił nas do jaskiń, spotyka nas ponownie i zaprasza na herbatę, która okazuje się całym obfitym śniadaniem. Wraz z siostrą i szwagrem Aliego na tarasie z widokiem na morze raczymy się serem, oliwkami, marmoladą i doskonałą baklavą. Naszemu gospodarzowi zostawiamy pamiątki z Polski, a sami ruszamy w drogę powrotną. Oczywiście autostopem.






wtorek, 2 listopada 2010

Turcja od kuchni

Przyglądnięcie się życiu zwykłych Turków mieszkających w mieście i na wsi to najważniejsze z doświadczeń kolejnego autostopowego weekendu.

Po konferencji w Stambule postanowiłem odpocząć. Od przyjazdu do Turcji minęło pięć szalenie intensywnych tygodni i brakowało mi starego, akademiowego lenistwa znanego z Polski. Stefano ruszył odwiedzić dziewczynę we Francji, a Marcin uderzył na Wyspy Brytyjskie (thank God I’m single…). Dwa dni spędzone na robieniu niczego to jednak w Turcji za dużo. Z pomocą przyszły polskie Ole, których propozycja była nie do odrzucenia. W zupełnie innym niż zwykle towarzystwie ruszam na kolejny hitchhiking.

Podróż dostarcza mocnych emocji. Zdenerwowany, obserwuję jak bardzo różni się łapanie stopa w towarzystwie kolegów od proszenia o podrzucenie mnie i dwóch polskich dziewczyn. Wulgarne gesty i propozycja seksu za pieniądze przekonują nas, że bezpieczniej będziemy się czuli z gazem pieprzowym w kieszeni. W konserwatywnej części kraju młodzi Turcy interesują się obcymi, egzotycznymi dla siebie kobietami w sposób inny niż sobie tego życzymy.

Na przyczepie samochodu dostawczego i w kilku osobówkach powoli docieramy do niewielkiego Nurdağı. Po drodze, w ciemności i deszczu nie udaje się niestety sfotografować mijanego Atatürk Viaduct. Ogromna, wysoka na 150 metrów konstrukcja łączy autostradą dwa górskie szczyty. Godzinę drogi od Gaziantep, do którego zmierzamy, pracownicy stacji benzynowej pozwalają nam zatrzymać się w swoim biurze i częstują nas herbatą.

Duży, otoczony teren z bramą wjazdową i położonym przy niej centrum sportowym przypomina nam nasze Balcali. Na kampusie w Gaziantep, bo o nim mowa, możemy się zatrzymać dzięki Mateuszowi i Bohunowi, których poznałem na konferencji w Stambule. Nigdy wcześniej podczas wyprawy autostopem nie pozwoliliśmy sobie na tak komfortowy nocleg.

W Gaziantep zobaczyliśmy de facto trzy różne miasta. Pierwsze, nowoczesne i ruchliwe, przypomina nam Adanę ze swoimi blokami ulokowanymi przy szerokich ulicach. Drugie to część starego miasta z zamkiem, wieloma sklepami miedzianymi i największym na świecie muzeum mozaik (tutaj oglądamy odnaleziony w zatopionym mieście, Zeugmie, wizerunek Cyganki, który został nieformalnym symbolem Gaziantep). Ale w mieście zakochujemy się za jego trzecią twarz.

Postanawiamy zgubić się w wąskich, stromych uliczkach. Koty grzebią tutaj w odpadkach lub drzemią na niewielkich balkonach. Na zaśmieconym asfalcie siedzą kobiety, które w zdumieniu obserwują nas, by w końcu z uśmiechem na twarzy odpowiedzieć na nasze „merhaba”. Na każdej z dłuższych ulic spotykamy dziesiątki rozkrzyczanych dzieci. Biegają, dokuczają sobie nawzajem, pytają nieskładnie o nasze imiona i pozują do zdjęć. Okolica nie wygląda bogato, ale bardzo autentycznie. Nikt nie robi tutaj niczego na pokaz.

W znanym z dobrej kuchni Gaziantep nie możemy nie spróbować posypywanej obficie pistacjami baklavy – właśnie tutejsza ceniona jest w Turcji najbardziej.









Po kolejnej nocy spędzonej w akademiku jedziemy do twierdzy Rumkale. Mamy dużo szczęścia - trafiamy na parę młodych Turków, którzy zmierzają dokładnie w to samo miejsce. Droga prowadzi w górę przez skaliste, niemal pustynne tereny z niewielkimi osadami. Wyłaniający się widok na meandry Eufratu i ulokowaną na półwyspie fortecę zapiera dech w piersi. Dopiero na dole, przy rzece myślę o tym, że miejsce trzeba uwiecznić na zdjęciach. Tutaj też szybko podejmujemy decyzję – zostajemy tu na cały dzień; pobliskie jaskinie posłużą nam za hotel.

Od pozdrawiającego nas arabskim „Salam alejkum” mężczyzny pożyczamy rowerek wodny, którym płyniemy na górzysty półwysep. Podekscytowani, szybkim krokiem oglądamy twierdzę i otaczający nas z każdej strony rajski widok. Z powrotem do brzegu dobijamy już po zachodzie słońca.

W tym czasie kilka tureckich rodzin zaczyna swoje pikniki. Przyzwyczajeni do wielkiej gościnności, nie dziwimy się kiedy kobiety częstują nas bezinteresownie świeżym, tradycyjnym jedzeniem. Szalenie pikantne wegetariańskie köfte okazuje się bardzo smaczne. Nie chcąc nadużywać uprzejmości rodziny, do syta postanawiamy jednak najeść się w pobliskim lokalu dla turystów.







W restauracji poznajemy Ilhama, kelnera, który nauczył się kilku słów po angielsku i który obsługuje nas z wielką starannością. Kiedy wychodzimy z restauracji, Ilham pyta, gdzie zamierzamy spędzić noc i oferuje pomoc. Wyglądający na znacznie starszego 19-latek kończy obowiązki i prowadzi nas do swojej rodzinnej wsi. Mamy nocować za darmo w tamtejszym domu nauczyciela.

Najpierw trafiamy pod strzechę Ilhama. W ubogiej izbie, która służy jednocześnie za sypialnię, jadalnię i pokój dziecięcy, siadamy na dywanie otoczeni przez rodzinę. Poznajemy matkę naszego gospodarza, jego dwóch braci, dwie siostry i roczną siostrzenicę. W pokoju stoi tylko mały stoliczek i prosta, zespawana z kawałków metalu kołyska. W domu, w którym wychowała się szóstka dzieci nie widzimy ani jednej zabawki. Kolejne szklanki zapełniają się słodkim çay’em, a my uczymy się rozłupywać pistacje specjalnym dziadkiem do orzechów. Godnie ugoszczeni niewiele możemy dać w zamian – pozbywamy się suszonych fig, słodyczy i wszystkich pamiątek z Gaziantep.

Jak się okazuje, tutejsza nauczycielka wyjechała ze wsi, zabierając ze sobą klucz do potencjalnego miejsca naszego noclegu. Przenosimy się do sąsiedniej chałupy, w której mieszka ciotka Ilhama. Na dachu budynku czekają na nas trzy posłania. Dzięki śpiworom i grubym pierzynom będzie wystarczająco ciepło, mimo że temperatura spada tutaj w nocy do kilku stopni.

Chociaż kładziemy się bardzo wcześnie, nie śpimy długo.
20.00 – 24.00: dyskusje, od najgłupszych po bardzo poważne;
00.00 – 03.00: ryki osłów;
03.00 – 04.00: setka wiejskich kogutów wita nowy dzień;
04.40: muezin wzywa z minaretu do modlitwy;
05.00: nasz autobus rusza w drogę.
Poczęstowani gorącą kawą z rozrzewnieniem żegnamy się z Ilhamem, któremu do ręki wciskamy tespih.





Autobus leniwie wlecze się po wsi, zabierając z domów nie tylko ludzi, ale i najróżniejsze produkty, jak świeży ser, czy chomąto. Tym sposobem pokonanie pięćdziesięciu kilometrów zajmuje nam dwie godziny. W Gaziantep, do którego trafiliśmy ponownie, autostop łapie dla nas… policjant. Zainteresowany naszą podróżą zatrzymuje przed autostradą komfortowy autokar i oświadcza kierowcy, że ma nas zabrać ze sobą za darmo. Zmieszani, korzystamy z tej okazji, postanawiając jednocześnie, że wysiądziemy już w Osmaniye, 100 kilometrów od Adany.

Po odwiedzeniu niewielkiego meczetu, zjedzeniu kumpira i wypiciu kolejnej kawy, ruszamy w samochodzie Husseina w kierunku Adany. Jak się okazuje, żona tego 50-letniego kucharza z Antaly’i zginęła w wypadku samochodowym 10 lat temu. Hussein reklamuje więc siebie jako „singla”, dostępnego dla młodszych od siebie o 30 lat dziewczyn.

Przed dotarciem do Adany odwiedzamy jeszcze Yilankale, znany mi już zamek ormiański. Ostatni z pomagających nam kierowców kupuje dla każdego puszkę coca-coli i odwozi nas pod sam akademik...

Moje, bogatsze o nowe wspomnienia, życie wraca na stare tory. Tymczasowo.